godz. 21:13 - niedziela 15 Grudzień 2019

Historia bombardowania miasta

Blisko od miesiąca możemy podziwiać wystawę historyczną pod nazwą „Bitwa o benzynę”, która znajduje się w filii nr 5 Miejskiej Biblioteki Publicznej. Jest ona poświęcona nalotom aliantów na zakłady przemysłowe w Azotach, Blachowni i Zdzieszowicach.

» Amerykański B-24 Liberator bombardujący zakłady IG Farben w Heydebreck.

Ekspozycja jest dokumentacją nalotów 15 Armii Lotniczej USA, która w okresie od lipca do grudnia 1944 bombardowała zakłady w Azotach, Blachowni, oraz Zdzieszowicach.
– Pierwszy nalot miał miejsce           7 lipca 1944 roku, a ostatni 26 grudnia. W tym czasie Amerykanie szesnastokrotnie bombardowali te okolice. Ich celem były zakłady produkujące benzynę syntetyczną, która trafiała na front wschodni – wyjaśnia Waldemar Ociepski, prezes stowarzyszenia „Blechhammer 1944” , które zorganizowało wystawę.
Zniszczenie zakładów w trójkącie Azoty-Blachownia-Zdzieszowice miało strategiczne znaczenie dla rozwoju sytuacji na froncie wschodnim.

Misji tej podjęli się Amerykanie ze względu na fakt, iż posiadali oni najlepszą flotę lotniczą spośród wszystkich wojsk sprzymierzonych. Radzieckie lotnictwo nie było wyposażone w maszyny dalekiego zasięgu, z kolei Brytyjczycy nie mogli przystąpić do misji, gdyż Stalin nie zezwolił na lądowanie samolotów angielskich na terenie ZSRR.
Swój udział w akcję bombardowania zakładów mieli również Polacy. Alianci byli na bieżąco informowani o postępie w budowie zakładów, a to za sprawą wywiadu Armii Krajowej. Wybudowanie samych zakładów było ogromnym przedsięwzięciem. Budowa zakładu w Odertal (Zdzieszowice) rozpoczęła się w 1939 roku, na przełomie 1939 i 1940 roku robotnicy rozpoczęli pracę nad budową zakładów Blechhammer North (Blachownia), a pierwsze prace w Blachhammer South (Azoty) rozpoczęły się na początku 1940 roku.

– Same zakłady w Blachowni budowało około 75 tysięcy ludzi. Byli to więźniowie i jeńcy wojenni z całego świata, których prace nadzorowali inżynierowie niemieccy. Zgodnie z planem, pierwszy rozruch instalacji miał nastąpić na przełomie czerwca i lipca 1944 roku. Dzięki polskim informatorom alianci wiedzieli, kiedy mają uderzyć – opowiada Waldemar Ociepski.
Bombardowanie okolic Kędzierzyna (niemiecki Heydebreck) nie było jednak zadaniem prostym. Decydując się na budowę zakładów w naszych okolicach Niemcy mieli na uwadze ich bezpieczeństwo.
– Zakłady zostały wybudowane na tyłach Rzeszy, tak aby były w jak najmniejszym stopniu narażone na naloty wrogich wojsk. Dodatkowym atutem takiego ulokowania był fakt bezpośredniej bliskości kopalni węgla, które z naszym miastem łączył Kanał Gliwicki. Przed wojną Kędzierzyn był ogromnym węzłem kolejowym, a niedaleko przebiegała również autostrada do Rzeszy – wyjaśnia Piotr Hrycak ze stowarzyszenia „Blechhammer 1944”.
W 1944 roku 15 Armia Lotnicza USA stacjonowała we włoskiej prowincji Foggia. Baza amerykańskiego lotnictwa była oddalona od miejsca nalotów o około 1500 kilometrów. Pokonanie tej odległości wiązało się z olbrzymim ryzykiem.
– Pierwszy nalot miał miejsce 7 lipca 1944 roku. Z bazy 15 Armii Lotniczej USA wystartowało 555 bombowców oraz 600 samolotów myśliwskich. Pierwsze naloty przyniosły aliantom bardzo duże straty. Pomimo prężnie działającego na tym terenie wywiadu Armii Krajowej Amerykanie nie spodziewali się tak rozbudowanej obrony przeciwlotniczej Niemców – mówi Waldemar Ociepski.
Podczas kolejnych nalotów siły 15 Armii Lotniczej USA posyłały w bój mniejsze grupy samolotów, utrudniając w ten sposób zadanie obronie niemieckiej.
– Amerykanie mogli być również zaskoczeni siłą niemieckiej defensywy. Instalacje chroniące zakłady w Azotach, Blachowni i Zdzieszowicach tworzyły wyrafinowany system obronny. Na wyposażeniu niemieckiej defensywy znajdowały się radary i baterie sterowane elektrycznie, które były w tamtym czasie szczytem techniki, które były wspomagane przez siły Luftwaffe. Działania pilotów amerykańskich utrudniało również zadymianie terenów zakładów – opowiada Piotr Hrycak.
W tyle za żołnierzami III Rzeszy Niemieckiej nie pozostawali członkowie 15 Armii Lotniczej USA. Arsenał, którym dysponowali piloci był bardzo urozmaicony, do najczęściej zrzucanych na terenie zakładów bomb należały bomby burzące i zapalające oraz bomby czasowe z opóźnionym zapłonem.
Te ostatnie były szczególnie niebezpieczne, gdyż wybuchały do tygodnia od czasu ich zrzucenia często zabijając i raniąc robotników pracujących nad odbudową uszkodzonych wcześniej instalacji.
– Niemcy szybko znaleźli jednak sposób, jak poradzić sobie z tego typu bombami. Kiedy zrzucony z samolotu pocisk nie wybuchał, na miejsce przybywali jeńcy żydowscy, którzy za dodatkową porcję zupy wykopywali bomby i rozbrajali je. Bardzo często płacili oni najwyższą możliwą cenę, ginąc na miejscu – relacjonuje Waldemar Ociepski.

Pozostałości po bombardowaniach widać po dziś dzień. Lasy otaczające Kędzierzyn-Koźle i Zdzieszowice pełne są lejów po bombach. Nikt nie jest w stanie określić ile ton pocisków zrzuciły amerykańskie bombowce na naszym terenie. Można jedynie szacować, że podczas jednego nalotu bombowce miały na pokładzie od 400 do 600 ton różnego rodzaju pocisków.
– Piloci rozpoczynali zrzucanie pocisków będąc już cztery kilometry przed celem. Bombardowanie było działaniem niezwykle precyzyjnym – mówi Waldemar Ociepski.
Ostatni nalot Amerykanów nastąpił 26 grudnia 1944 roku. Cel został w pełni osiągnięty – zakłady były unieruchomione, a wojska Armii Czerwonej były bardzo blisko okolic Kędzierzyna. Alianci mogli rozpocząć liczenie strat.
Na samym terenie bombardowania zestrzelono 29 maszyn należących do 15 Armii Lotniczej USA, a należy pamiętać, że samoloty były strącane oraz ulegały awariom w drodze do zakładów. 136 żołnierzy amerykańskich zginęło w czasie bombardowania, a losów kolejnych 15 nie udało się ustalić aż do dnia dzisiejszego.
Paradoksalnie większe niebezpieczeństwo groziło pilotom, którym udało się ewakuować z zestrzelonego samolotu ze strony ludności zamieszkującej okolice Kędzierzyna aniżeli ze strony żołnierzy niemieckich.
– Jeden z pilotów o mało nie stracił życia z rąk okolicznych chłopów, po tym jak jego maszynę strącono w czasie bombardowania. Chłopi ruszyli na Amerykanina z widłami. W ostatniej chwili na ratunek przyszedł mu jeden z żołnierzy niemieckich, który zaczął strzelać w powietrze, odwodząc w ten sposób mieszkańców od zabicia pilota, po czym wziął go do niewoli – opowiada Piotr Hrycak.
Śladami działań 15 Armii Lotniczej USA na naszym terenie były groby 7 żołnierzy amerykańskich, które znajdowały się w Mechnicy.         Współcześnie pamiątki po działaniach aliantów możemy odnaleźć w Izbie Pamięci 15 Armii Powietrznej USA, która znajduje się w Domu Kultury „Lech”. Od 11 września 2009 roku z inicjatywy członków stowarzyszenia „Blechhammer 1944” park w Blachowni nosi imię 15 Armii Powietrznych Sił Zbrojnych USA.

Przeczytaj więcej na podobne tematy:

  1. Śmiały projekt Stowarzyszenia Blechhammer szansą dla Blachowni
  2. Gdy śmierć była codziennością
  3. Znaleźli kolejne szczątki samolotu z czasów drugiej wojny
  4. Historia ZAK to obraz ciągłego postępu
  5. Jak powstały nasze wielkie zakłady
KATEGORIA: Bez kategorii

Protection Plugin made by Web Hosting